Previous Page

Aktualności

Sii Denali Expedition 2017. Pracownik Sii Gdańsk wspinał się na najwyższy szczyt Ameryki Północnej
Strona główna Aktualności Newsy Sii Denali Expedition 2017. Pracownik Sii Gdańsk wspinał się na najwyższy szczyt Ameryki Północnej

Sii Denali Expedition 2017. Pracownik Sii Gdańsk wspinał się na najwyższy szczyt Ameryki Północnej

Przewiń w dół

11 lipca 2017

  • podziel się:

Firma Sii, lider branży IT, zasponsorowała wyprawę swojego pracownika na Denali, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. „Na szczycie temperatura sięgała -60 st. Celsjusza, a prędkość wiatru dochodziła do 120 km/h. Zetknięcie z tak niska temperaturą było dla mnie szokiem. Zimno przenikało nawet przez najgrubszą kurtkę” – mówi Michał Kobyliński, inżynier ds. testów i analiz w Sii Gdańsk.

W Sii Gdańsk nie brakuje osób pełnych pasji. W trójmiejskim biurze lidera branży technologicznej, zatrudniającego w Gdańsku ponad 750 osób, prężnie działa kilkanaście grup zainteresowań, między innymi piłka nożna, koszykówka, squash, salsa kubańska czy gry planszowe.

Firma wspiera również inne inicjatywy związane z aktywnym spędzaniem wolnego czasu. Pracownicy mogą reprezentować firmę w biegach i wyścigach, a także zwrócić się o sponsoring na wsparcie swoich pasji. Jedną z osób, które skorzystały z takiej możliwości, jest Michał Kobyliński. Inżynier ds. testów i analiz uprawia wspinaczkę wysokogórską. Postawił sobie dwa cele do spełnienia podczas jednej wyprawy – zobaczyć Alaskę i zdobyć Denali, najwyższy szczyt Ameryki Północnej.

Na co dzień Michał pisze i analizuje testy oprogramowania służącego do kompresji danych używając nowoczesnych narzędzi, takich jak Repo Tool czy frameworku Google Test. Po pracy biega lub wskakuje na rower przygotowując się do kolejnych zmagań, takich jak wyprawa rowerowa przez Islandię. Dzięki wsparciu finansowemu Sii Michał mógł zmierzyć się z największym dotychczasowym wyzwaniem – Sii Denali Expedition 2017. Tuż po powrocie opowiada dlaczego wybrał właśnie Denali, jak wyglądały przygotowania do wyjazdu i o tym co go najbardziej zaskoczyło.

Od kiedy interesujesz się wspinaczką wysokogórską? Skąd ta pasja?

Michał Kobyliński: Od gimnazjum, czyli od około 10 lat. Zaczęło się od prezentacji Janka Witkowskiego, który dziś jest moim kolegą i wspólnie się wspinamy. Opowiadał wtedy o wspinaczce na ośmiotysięczniki i próbie opłynięcia Bajkału wpław.

Jakie szczyty już atakowałeś?

M. K.: Moim pierwszym szczytem wysokogórskim był Kazbek (5034 m. n. p. m). Udało mi się go zdobyć. Atakowałem również Elbrus (5642 m. n. p. m.) i Szczyt Lenina (7134 m. n. p. m.), ale nie dotarłem na szczyt. Wyprawa na ten ostatni nauczyła mnie pokory, bo miałem okazję ratować kolegę. Szliśmy na linie. Jako pierwszy przekroczyłem szczelinę i kiedy odwróciłem się do Pawła żeby go ostrzec, zobaczyłem jak spada w przepaść. Poczułem szarpnięcie liny, ale na szczęści udało mi się zahamować czekanem. Paweł zatrzymał się na półce lodowej, która po chwili również załamała się, więc wisiał w powietrzu. Próbowaliśmy nawiązać ze sobą kontakt, ale choć krzyczałem tak głośno jak tylko mogłem, nie słyszeliśmy się. Po wielu próbach udało mu się wbić czekan i wydostać.

Dlaczego Denali?

M. K.: Przejechaliśmy z kolegami na rowerach całą Islandię. Natura tych terenów wywarła na nas ogromne wrażenie. Alaska była dla nas kolejnym krokiem w tym kierunku. Początkowo po Alasce również planowaliśmy podróżować rowerami, a Denali zdobyć przy okazji, ale zabrakło czasu na inne atrakcje. Natomiast nie chodziło nam o zdobycie szczytu wchodzącego w skład Korony Ziemi.

Z kim wybrałeś się w tę podróż?

M. K.: Grupa, z którą realizuję swoje projekty podróżnicze, składa się z trzech osób. Z Pawłem wspinam się od początku. Znamy się od gimnazjum, chodziliśmy tez razem do liceum, a teraz mieszkamy razem, więc każdego dnia przerzucamy się pomysłami. Z kolei Marka poznałem studiując na Politechnice Gdańskiej. Pojechaliśmy razem na Szczyt Lenina i tak już zostało.

Jak długo przygotowywałeś się do wyprawy?

M. K.: Właściwie przygotowania kondycyjnego nie rozpocząłem w żadnym konkretnym momencie. Cały czas biegam, pływam i jeżdżę na rowerze. Główne są to treningi wytrzymałościowe, bo na Pomorzu trudno przygotować się do wyprawy wysokogórskiej. Pod koniec ubiegłego roku kupiliśmy bilety lotnicze, a niedługo później zaczęliśmy kompletować sprzęt. Czytaliśmy też dużo o Denali i szukaliśmy na forach relacji z wypraw. Buty, czekany i raki testowaliśmy zimą w górach. Prowadziliśmy również treningi usprawniające wyciąganie ze szczelin. Jest to szczególnie ważne ponieważ w czerwcu temperatury są nieco wyższe, ale w konsekwencji szczeliny są niestety znacznie szersze i łatwiej o nieszczęście.

Wszystko poszło zgodnie z planem?

M. K.: W USA spędziliśmy 4 tygodnie, w tym 3 tygodnie na Denali, choć mieliśmy nadzieję, że na zwiedzanie Alaski będziemy mieli co najmniej 10 dni. Nasze plany pokrzyżowała głównie pogoda. Ponoć warunki były najgorsze od 25 lat. Dodatkową trudnością jest to, że całą drogę z Base Camp znajdującego się na wysokości 500 m. n. p. m., do którego dolatuje się małym kilkuosobowym samolotem, trzeba pokonać transportując samodzielnie swój bagaż. W moim przypadku było to około 40 kg ubrań i sprzętu, które ciągnąłem na sankach do obozu na wysokości 4200 m. n. p. m. Do drodze warunki nam sprzyjały. Jedyną przeszkodą były intensywne opady śniegu. Kiedy wyruszyliśmy ze sprzętem do obozu szturmowego aby być gotowym do ataku na szczyt, pogoda diametralnie się zmieniła. Po tym jak przewodnik, który na co dzień prowadzi grupy na Mount Everest, odmroził sobie twarz w połowie drogi na szczyt, Amerykańscy odpowiednicy naszych toprowców uznali, że wszyscy muszą opuścić obóz szturmowy ponieważ jest zbyt niebezpiecznie. Gdy tylko pojawiło się okno pogodowe, poszliśmy po sprzęt, bo nie mogliśmy wrócić bez liny, którą zostawiliśmy zakopaną w śniegu – szczeliny były zbyt szerokie.

Co było dla Ciebie największym wyzwaniem?

M. K.: Najtrudniejsze było uświadomienie rodziny, że mogę nie wrócić. Zawsze istnieje takie ryzyko. Przy tej wyprawie dodatkowego stresu dokładał rodzinie fakt, że nie było z nami kontaktu przez 3 tygodnie, mimo że mieliśmy telefon satelitarny i wykupiliśmy wszystkie niezbędne pakiety. Musieliśmy się również zmierzyć z trudnymi warunkami. Na szczycie temperatura sięgała -60 st. Celsjusza, a prędkość wiatru dochodziła do 120 km/h. Zabrałem ze sobą wiele ubrań na trudne warunki, aż za dużo, bo połowy nie wykorzystałem, a musiałem to wszystko za sobą ciągnąć, ale rzeczywistość przeszła moje wyobrażenia. Zetknięcie z tak niska temperaturą było dla mnie szokiem. Zimno przenikało nawet przez najgrubszą kurtkę. Ale najgorsze jest przejście przez chmurę kiedy lód, który nazywamy „kryształkami zła”, uderza w twarz.

Czy wsparcie Sii miało dla Ciebie duże znaczenie?

M. K.: Zdecydowanie tak. Bez niego nie byłbym w stanie pokryć kosztów wyjazdu. Wspieranie pasji przez pracodawcę miało dla mnie duże znaczenie także przy podejmowaniu decyzji o swoim dalszym rozwoju. Jest to dla mnie bardzo ważne, że Sii ceni nie tylko moją pracę, ale także to jakim jestem człowiekiem i co robię po wyjściu z biura. Mogę realizować się w pełnym tego słowa znaczeniu. Szef nie patrzył na mnie krzywo kiedy powiedziałem, że nie będzie mnie przez miesiąc, a po powrocie nie usłyszałem żadnego nieprzyjemnego komentarza. Nie czułem się zagrożony – moje biurko czekało na mnie w stanie nienaruszonym i to jest super. Po tych wszystkich przeżyciach mogę powiedzieć nawet, że trochę się za nim stęskniłem, ale pewnie zaraz znowu zacznę coś planować.

Będziesz próbował zdobyć Denali ponownie?

M. K.: Wspinaczka wysokogórska to jest taki sport, że większości atakowanych szczytów się nie zdobywa. Zawsze można wrócić i „rozliczyć się” z tą górą, ale ja tak do tego nie podchodzę. Żeby przeżyć trzeba mieć w sobie pokorę. Co ciekawe, ja mam lek wysokości, więc wejdę wszędzie, gorzej z zejściem. Wspinaczka jest dla mnie też walką z własnymi słabościami. Nagrodą są wspaniałe widoki. Nic nie zastąpi uczucia kiedy oglądasz chmury z drugiej strony.

Co jest Twoim kolejnym celem jeśli chodzi o wspinaczkę?

M. K.: Póki co myślę o wyprawach rowerowych – powrocie do tego, od czego zaczęliśmy. Brakuje mi zmieniającego się otoczenia. Na Denali wokół nas było tylko śnieg, a w niektórych obozach spędzaliśmy po kilka dni. Chciałbym kiedyś spróbować swoich sił w Himalajach, zdobyć jakiś ośmiotysięcznik, ale nie Mount Everest. On jest przereklamowany. Ale to na pewno nie w najbliższym czasie.

To również może Cię zainteresować

Wyślij wiadomość

podziel się ze znajomymi

captcha