Z życia (Tech) HR / Z pamiętnika (tech) Rekrutera

Rekrutacje „Sokratejskie”

Listopad 2, 2015 3
Podziel się:

Kiedy jako dziecko, gdzieś w “głębokiej podstawówce” usłyszałem słynne “wiem, że nic nie wiem”, pomyślałem: “Co za głupek! Jak można niczego nie wiedzieć? Zawsze coś się wie!”. Wtedy jeszcze nie znałem pojęcia paradoksu. Zrozumienie przyszło z czasem, a owa sentencja Sokratesa na stałe zagościła w mojej świadomości dzięki licznym kontaktom z ekspertami IT (lub raczej – z „ekspertami”), podczas których oni sami musieli (pośrednio) wykazać się stopniem zrozumienia tego zdania.

Mam na myśli kandydatów do pracy w Sii, których mam przyjemność weryfikować „na twardo”, pod kątem wiedzy technicznej. W pierwszej kolejności kandydaci muszą dokonać samooceny, wypełniając różne “skills matrixy” czy inne “self assessmenty”. Z nich wynika tylko tyle, na ile kandydat „się czuje”. Być może czuje się on ekspertem i rzeczywiście jest prawdziwym ekspertem – guru, do którego ciągną pielgrzymki programistów łaknących ziarna Prawdy (ang. True). Jednak nie wyobrażam sobie, aby ktoś osiągnął takie oświecenie w przeciągu dwóch lub trzech lat praktyki. Tymczasem okazuje się, że tacy „trzyletni eksperci” wcale nie należą do rzadkości. Ale uwaga – zdarzają się wyjątki. Osobiście spotkałem się z jednym lub dwoma w ciągu ostatnich trzech lat…

Zastanawiałem się, co siedzi w człowieku, że posiadając tak krótkie doświadczenie, z czystym sumieniem mówi o sobie, że wie już wszystko w danej dziedzinie. Albo przynajmniej – że nic go już nie zaskoczy. A przecież od tych lat należy odliczyć wszystkie mityngi, pogaduszki przy kawie i inne „korpo-obowiązki”. (Być może w przypadku wspomnianych wyżej wyjątków należy doliczyć nieprzespane noce spędzone nad klawiaturą).

Zastanawiałem się nad tym do momentu, aż zobaczyłem pewien wykres – wtedy doznałem iluminacji.

wiedza a specjalizacja - z życia tech HR

Dotarło do mnie, że to po prostu pewien typowy etap w „cyklu życia eksperta”, więc nie powinno nikogo dziwić, że znajdują się ryzykanci, którzy się za ekspertów podają. Czym takim ryzykują? Otóż – utratą wiarygodności i reputacji. (Według mojego ulubionego pisarza sci-fi, Charlesa Strossa, w przyszłości reputacja będzie wartością wymienialną na realną walutę, podobnie jak dzisiaj akcje spółek). A przecież kandydatowi powinno zależeć na tym, aby być dobrze postrzeganym przez ewentualnego pracodawcę. Ryzykują również tym, że rekruter postanowi kandydata wyedukować i pchnąć go nieco bardziej w prawo na osi zrozumienia Sokratejskiej mądrości. Ja osobiście robię to metodą małych kroków: kandydat w trakcie rozmowy sam powinien dojść do odpowiednich wniosków, jeśli nie, to trudno. Ale pewien mój kolega mawia, że „najpierw zadaję pytanie o…” – tu pada „kosmiczne”, niezwykle akademickie i prawdziwie eksperckie pytanie, którego nie zdradzę – „I wtedy, kiedy poziom wdeptania w glebę mamy już ustalony, możemy zacząć normalne pytania” (pozdrowienia dla kolegi, jeśli to czyta).

Pamiętaj więc, drogi kandydacie, że lepiej, by o tobie powiedzieli: „sprawny programista z dobrym doświadczeniem, trochę zaniżona samoocena” niż „cóż, może i zna swój fach, ale to jego wygórowane „mniamanie” o sobie!…”. Bo oprócz twardych kompetencji brane są pod uwagę również przeróżne czynniki poboczne.

Można by mi teraz zarzucić, że rzucam kamieniami, a sam pewnie nie jestem bez winy. True! (pol: prawda). Ja również zaryzykowałem, jakieś 10 lat temu. Był to pierwszy i na szczęście ostatni raz – zostałem wtedy bardzo skutecznie wyedukowany przez całkiem sympatycznego rekrutera.

Oceń ten post
Kamil Paszkiewicz
Autor: Kamil Paszkiewicz
Programista-humanista, zatrudniony we wrocławskim oddziale Sii. Pierwsze kody popełniał na komputerze Atari 65XE. Od prawie 20 lat programuje zawodowo, obecnie głównie na platformie .NET. Ze względu na zainteresowania psychologią i socjologią blisko mu do działu HR, który wspiera przeprowadzając weryfikacje techniczne kandydatów. Miłośnik górołazęg, sci-fi, krautrocka i surrealizmu.

Imię i nazwisko (wymagane)

Adres email (wymagane)

Temat

Treść wiadomości

komentarze(3)

avatar'
nieLubięPodawaćObowiązkowoMaila
3 listopada 2015 Odpowiedz

Kiedyś spotkałem się z takim zdaniem: "idę na imprezę i pytam dziewczyn czy nie mają ochotę seks. 4 Cię oleją, ale piąta...". Przy obecnym rynku pracownika każdy próbuje ugrać jak najwięcej $ podczas rozmowy rekrutacyjnej. Oczywiście, żeby dostać $ trzeba się wykazać. Im więcej umiesz, tym więcej dostaniesz. Ponieważ okres w okolicach trzeciego roku jest też częstym skokiem postrzeganym jako skok na większą kasę, te dwie rzeczy zgrywają się w czasie. No i teraz potencjalny kandydat kalkuluje i ryzykuje. Chce zmienić robotę, ale raz a dobrze (kasa), a nie skakać za kilka miesięcy gdzieś indziej (bo zdobył w międzyczasie więcej wiedzy). Ponieważ firm jest na rynku kilka, a do tego każda ma aktywny oddział HR piszący na goldenlinie, że zaciekawił ich akurat właśnie Twój profil i bogate doświadczenie (oczywiście nieraz nawet nie sprawdzą płci i do kobiet piszą "pana profil") to czemu by nie zaryzykować? :) I tak właśnie Ty odfiltrujesz rzeszę ekspertów, ale prędzej czy później znajdzie się rekruter, który się ugnie i wiedząc nawet o oczywistych wadach zatrudni tegoż eksperta z nadzieję, że kiedyś nim zostanie :P

avatar'
assert_true
3 listopada 2015 Odpowiedz

„I wtedy, kiedy poziom wdeptania w glebę mamy już ustalony, możemy zacząć normalne pytania”

fajnie reklamujecie podejście sii do kandydatów :)

    Kamil Paszkiewicz
    3 listopada 2015 Odpowiedz

    Nie reklamujemy - nigdzie nie napisałem, że chodzi o kolegę z Sii :-) Natomiast jeśli ktoś pisze w "papierach", że jest ekspertem, powinien się spodziewać eksperckich pytań - to chyba oczywiste :-)

Zostaw komentarz