Testing

Z zapisków młodego TL-a

26 stycznia, 2022 6
Podziel się:

Kiedy rozpoczynałem moją przygodę na stanowisku Team Leadera w największym Business Unicie Sii, miałem za sobą 11 lat pracy jako inżynier w Sii. Pracowałem dla dwóch klientów, ale miałem okazję przyjrzeć się i doświadczyć pracy wielu Line Managerów – zarówno od strony Sii, jak i od strony klienta. Ciekawym było zobaczyć z czym się zmagają i jak decyzje, które podejmują, wpływają na zespół. Im więcej miałem doświadczenia, tym więcej niuansów ich pracy dostrzegałem.

Miałem szczęście trafiać na świetnych przełożonych, dzięki czemu poznałem ich kulturę pracy, warsztat i wartości, jakimi się kierują na co dzień. Pomimo całej tej wiedzy, „przejście na drugą stronę” i objęcie pozycji Line Managera było zaskakującym doświadczeniem. To trochę tak jak wtedy, gdy znajomi pokazują zdjęcia z dopiero co odbytej fantastycznej wycieczki. Widzicie te same obrazy – dla Ciebie to tylko fajnie widoki, ale dla nich za fotografiami kryją się jeszcze emocje, których Ty nie jesteś w stanie doświadczyć.

Stąd pierwsze tygodnie pracy na stanowisku Team Leadera były pewnym zaskoczeniem. W artykule chciałbym podzielić się moimi przemyśleniami z tym związanymi.

Kajecik

Pierwsza rzecz, której posiadanie uznałem za najważniejsze, to… zeszyt, notes albo inne cyfrowe rozwiązanie służące do notowania – jednym słowem: „kajecik”. Już od samego początku musiałem zapisać bardzo dużo informacji: nowa rola, ale także nowy klient, zaowocowały szybkim zapełnieniem wielu stron mojego notatnika. Zawiła struktura klienta i procesy po jego stronie, procesy po stronie Sii, nie jeden, a kilka zespołów, poznanie „kto jest kim” itd.

Wciąż zapisuję zadania do wykonania i odhaczam już wykonane. Zapisuję informacje o ciekawych kandydatach, aby w razie niekomfortowej sytuacji odejścia któregoś z moich pracowników móc sięgnąć po tych sprawdzonych. Oczywiście, formy notowania są najróżniejsze i korzystam również z cyfrowych, ale „kajecik” pozostaje moim głównym kompanem. Co ciekawe, jeszcze się nie zdarzyło, żeby pod koniec dnia pracy wszystkie taski miały przy sobie postawiony „X”. No właśnie…

Panie, więcej nie wejdzie!

Odchodząc z ostatniego projektu, by stać się TL-em w nowym, mój line manager powiedział zdanie, które zapadło mi w pamięci i sprawdziło się w 100%:

„Choćbyś nie wiem, jak się starał i tak nie wyjdziesz z pracy ze zrobionymi wszystkimi zadaniami”.

I kazał mi to zaakceptować. Trzymam się tej rady, bo faktycznie zadań jest bardzo dużo, kalendarz czasem wypełniony po brzegi, a worek z taskami, z którym rozpoczynam dzień, zamiast opróżniać – napełnia się. Czasem bywa i tak, że nie jestem w stanie dotknąć spraw zaplanowanych na dany dzień, bo wpadają nowe, wymagające najwyższego priorytetu. Zaakceptowanie takiego stanu rzeczy, w którym nie jestem w stanie wyzerować licznika zadań, pomaga zachować zdrowy balans między pracą a życiem prywatnym.

To co, widzimy się na Teamsach

Moje kilkunastoletnie doświadczenie w pracy zespołowej podpowiadało mi, że przejęcie zespołu, którego się wcześniej nie znało, będzie wymagało sporo pracy w jego poznaniu. Do tej pory obserwowałem raczej naturalny proces wyłaniania się osoby o cechach liderskich wśród członków teamu, któremu z czasem taka osoba miała przewodzić jako Lider Zespołu.

W moim przypadku nie dość, że przejąłem nie zespół, a kilka zespołów, których pracowników nie znałem, to jeszcze wiązało się to ze zmianą klienta. Nowe osoby, nowy klient, nowe środowisko i nowa rola, w jakiej się znalazłem. Żeby jeszcze była możliwość pracy z zespołami na co dzień, codzienny kontakt i praca przy inżynierach, obserwacja tego jak sobie radzą i odpowiednio szybkie reagowanie na pojawiające się sytuacje.

Jednakże, przejmując teamy w czasach pandemii, do tej pory nie było mi dane poznać osobiście wszystkich moich pracowników (większość pracuje zdalnie 100% czasu). Praktycznie ze wszystkimi rozmawiam na Teamsach. To znacząco utrudnia kontakt i może sprawić, że nie dostrzegę jakichś niepokojących sygnałów, a i brak komunikacji niewerbalnej nie jest bez znaczenia.

W związku z tym z każdym moim pracownikiem mam zarezerwowane raz w miesiącu tzw. spotkania O2O – One to One. Na nich indywidualnie rozmawiamy o wszystkim, co dotyczy pracy, o problemach, uwagach, prośbach, ale i o sprawach poza pracą. Dzięki temu możemy się lepiej poznać i reagować na swoje potrzeby. Mam pod sobą ponad 20 inżynierów, co oznacza, że codziennie mam z kimś rozmowę. To kosztuje trochę energii, ale, moim zdaniem, jest bezcenne w dzisiejszych, niespokojnych czasach.

Halo? Poproszę inżyniera!

Starsi koledzy managerowie z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy na dany wakat mieli po kilku kandydatów, spośród których mogli wybierać najbardziej odpowiedniego. Szybko zrozumiałem, że te czasy się skończyły, gdy tylko usłyszałem, że klient otwiera nowy wakat. Później kolejny. A tutaj inżynier, którego nawet nie zdążyłem poznać, składa wypowiedzenie. Trzeba było ekspresowo zapoznać się z tematem rekrutacji. Wówczas ukułem sobie termin „trzech króli”. Abym mógł powiedzieć, że mam człowieka na stanowisko, „trzej królowie” muszą się zgadzać. A w większości przypadków któryś z nich się obraża.

Są to:

  • wiedza,
  • wynagrodzenie,
  • dostępność.

Zamiast komfortowej sytuacji wyboru z wielu kandydatów stanąłem przed sytuacją, w której ciężko było (i nadal jest!) nawet o jednego. Okazało się, że tak podkreślana w Sii rola programu poleceń znajomych to błogosławieństwo i wymierna korzyść. Poleceni przez moich inżynierów kandydaci często okazywali się strzałem w dziesiątkę i znaleźli u mnie zatrudnienie.

Jednakże, ostatnie tygodnie zmusiły mnie do rozważenia zmiany mojego terminu „trzech króli” na „czterech muszkieterów”. Wiedzosa, Wynagrodzeniosa i Dostępnisa już przedstawiłem, pora na D’Artagnana. Mimo skrzyżowania trzech szabel w górze w geście „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!”, czasem czwarta pozostaje w dole. Niektórzy kandydaci są dostępni, mają oczekiwaną przeze mnie wiedzę i mnie na nich stać, ale oni sami nie znajdują w proponowanych przeze mnie projektach tego, czego szukają, np. nie odpowiada im używana technologia lub faza, w jakiej znajduje się produkt (utrzymanie) i nie chcą dołączyć do mojego zespołu. Ten rodzaj odrzucenia boli mnie najbardziej…

Granaty

– Hmmm… Dziwne. Odezwał się do mnie Marek, że chce pogadać. Nigdy sam z siebie gadać nie chciał.

– A widziałeś, który dzisiaj jest?

– No 30 września.

– No właśnie. Koniec miesiąca. Ktoś tu chce rzucić papierem…

Jestem piwowarem domowym, warzę razem z kolegą od czterech lat. Wśród piwowarskiej braci często poruszany jest termin tzw. granatów. Piwo po fermentacji nie ma w sobie gazu. Aby tego gazu nabyło, można albo nasycić je sztucznie CO2 lub, tak jak to robi większość piwowarów, dokonać refermentacji w butelce. To, ni mniej, ni więcej, oznacza dodanie odpowiedniej ilości cukru tak, aby drożdże jeszcze popracowały i tegoż gazu naprodukowały. Jest to proces, który może jednak w pewnych przypadkach skończyć się właśnie granatem, czyli rozsadzeniem butelki pod wpływem zbyt wysokiego ciśnienia.

Piszę o tym, gdyż granat może być efektem naszego błędu (niedofermentowane piwo, zbyt dużo cukru) ale często bywa efektem zdarzeń, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Piwo mogło być zakażone, butelka mogła mieć jakieś uszkodzenie…

Granat przypomina mi się zawsze wtedy, gdy w projekcie wydarzy się coś negatywnego i nieoczekiwanego, np. pracownik złoży wypowiedzenie. To duży problem dla przełożonego, szczególnie gdy odchodzi pracownik doświadczony i trudny do zastąpienia. Uruchamia to czasochłonny proces rekrutacyjny, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale. Dlatego też staram się znać plany moich inżynierów, kierunek rozwoju i ramy czasowe tak, aby odpowiednio zarządzać odejściami/przejściami do innych projektów. Oraz pamiętać, że nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego i od czasu do czasu granat wybuchnie. Trzeba posprzątać i działać dalej.

Wypijmy za błędy

To jedno z najbardziej popularnych stwierdzeń, ale jakże prawdziwych. Błędy popełniamy i popełniać będziemy. Ważne, żeby się na nich uczyć i wyciągać wnioski. Jednakże, zmieniając stanowisko z inżynierskiego na kierownicze, zmieniła się skala odpowiedzialności. Jako lider zespołów nie odpowiadam już tylko za siebie i swoją karierę, ale też za moich inżynierów, ich kariery, za projekty, w których pracują.

Błędy na tym poziomie mogą pociągnąć za sobą konsekwencje nie tylko dla mnie, ale też dla kogoś innego. To może rodzić naturalny odruch chęci unikania podejmowania decyzji, aby ustrzec się porażek. Na dłuższą metę taka postawa przynosi jeszcze większe problemy. „Nawarzyłeś sobie tego piwa, to je teraz wypij” – mówi przysłowie, a ja z racji mego hobby rozumiem je bardzo dobrze, bo źle uwarzone piwo to dla mnie 10 litrów niesmacznego płynu 😊

Znajdź różnice

Jakie zatem widzę różnice w byciu inżynierem a Line Managerem?

Zakres obowiązków

Pierwsza rzecz to zakres obowiązków. To trochę jakbym zakończył karierę piłkarza i przeszedł na ławkę trenerską. Tak też postrzegam moją rolę. Koordynuję pracę mojej drużyny, staram się zapewnić zawodnikom jak najlepsze warunki do pracy i rozwoju, abyśmy razem osiągali sukcesy, ale też aby każdy, kto do tego dąży, mógł walczyć o nagrody indywidualne. Co za tym idzie, odpowiadam już nie tylko za siebie, ale za cały team.

Czas pracy

Inny jest też czas pracy. Będąc inżynierem, poza wyjątkowymi sytuacjami, mogłem pracować przysłowiowe 8 godzin dziennie, po czym zamykałem klapę laptopa i kierowałem się w stronę domu, gdzie o pracy już nie myślałem. Pandemia zmieniła trochę ten schemat, pozwalając na elastyczne zarządzanie godzinami, nie będąc w biurze, jednakże wciąż trzymałem się wyznaczonych ram czasowych.

Obecnie często pracę przynoszę do domu, czy to w postaci popołudniowych telefonów do kandydatów, spotkań, czy innych, niezapowiedzianych zadań, ale także problemów (granaty!), które, chcąc nie chcąc, zaprzątają moją głowę. W tym przypadku istotną kwestią jest umiejętność „założenia sobie klapek na oczy” w momencie zakończenia pracy i odwieszenie wszystkich przeszkód na wieszak. To pomaga spać spokojnie, a jak wiadomo, sen jest bardzo ważny 😉

Zadania

Zmianie uległy również zadania. Będąc na poprzednich projektach, kręciłem się wokół danej technologii, rozwiązując zadania i problemy związane z konkretnym produktem. Na stanowisku Team Leadera zadań jest mnóstwo i każde z innej kategorii: administracja, rekrutacja, zarządzanie ludźmi, finanse, sprzęt, logistyka… To wszystko i wiele więcej w różnych konfiguracjach i o różnych stopniach trudności. Czasem nie ma kiedy zjeść lunchu 😉 A niech jeszcze ktoś w ten wir wydarzeń wrzuci granat…

Niby to wszystko wiedziałem, podpatrując moich poprzednich przełożonych. Bycie ojcem nauczyło mnie jednak, że co innego zajmować się dzieckiem od czasu do czasu, a co innego robić to codziennie.

Satysfakcja

Czy to wszystko, o czym napisałem powyżej, nie prowadzi czytelnika do przeświadczenia, że tytuł niniejszego artykułu powinien brzmieć np. „Cierpienia młodego TL-a”? Natłok obowiązków, odpowiedzialność, zmienne środowisko…

Czy jest coś dobrego w byciu Line Managerem? Jak najbardziej!

Praca z ludźmi, rozmowy z nimi, ich pozytywny feedback i możliwość obserwowania jak się rozwijają, jak osiągają swoje cele, jak awansują, dają dużo satysfakcji. Znalezienie idealnego kandydata na stanowisko to jak degustacja nowo uwarzonego piwa, które było niewiadomą, a okazało się wyśmienite. Dużo zadań sprawia, że żadnego dnia nie ma nudy, ciągle coś się dzieje, jest różnorodnie. A wyjście z pracy ze świadomością, że zrobiło się sporo z „kajecikowej listy” pozytywnie nastraja na resztę dnia.

No i przede wszystkim – świadomość, że jest się częścią i ma się wpływ na największy Business Unit w Sii jest bezcenna 😊

 

***

Jeśli ciekawią Cię inne role w ramach Sii, polecamy m.in. artykuły nt. roli Resource Managera oraz robotyka przy linii produkcyjnej Porsche. Tego, jaki wpływ na zespół ma Team Leader, dowiesz się z artykułu o inteligencji emocjonalnej.

Kategorie: Testing
Daniel Sudujko
Autor: Daniel Sudujko
Od 11 lat pracownik Sii (to jego pierwsza praca!), wcześniej inżynier pracujący przy testowaniu kart SIM, a później przy testowaniu oprogramowania i firmware'u mikroprocesorów, gdzie korzystał z Pythona, Jenkinsa i wszelkiej maści języków skryptowych, a to wszystko w środowisku CI. Obecnie Team Leader w największym Business Unicie w Sii. Mąż i ojciec dwójki dzieci. Czynny i bierny fan piłki nożnej oraz aktywny piwowar domowy.

    Imię i nazwisko (wymagane)

    Adres email (wymagane)

    Temat

    Treść wiadomości

    komentarze(6)

    avatar
    Wirkus
    26 stycznia 2022 Odpowiedz

    Spoko artykuł Sudujko, fajnie sie czyta - tak trzymaj :)

    avatar
    Maciej Morawski
    26 stycznia 2022 Odpowiedz

    Część Daniel!
    Jestem pod dużym (i jakże pozytywnym) wrażeniem Twojego wpisu :)
    Gratuluję profesjonalnego i osobistego rozwoju.
    Powodzenia na dalszej drodze!

    avatar
    Angelina
    28 stycznia 2022 Odpowiedz

    No Daniel, wiedziałam żeś dobry ojciec i mąż (od Natalli ) ale nie wiedziałam że jesteś takim zaje...ym liderem i profesjonalistą w swojej dziedzinie. Sławek powiedział mi że mam to przeczytać bo był pod wrażeniem, a ja się tobie kłaniam i tylko mogłabym się od ciebie uczyć

    avatar
    Przemek Włoczkowski
    2 lutego 2022 Odpowiedz

    Naprawdę dobrze się to czyta! "Lekko napisane" i bardzo wartościowy przekaz! Super Daniel!!! :)

    avatar
    Jarek
    26 kwietnia 2022 Odpowiedz

    Bardzo ciekawy i przystępnie napisany artykuł.
    Brawo Daniel!

    avatar
    Iwona
    27 kwietnia 2022 Odpowiedz

    Bardzo fajny i pomocny artykuł. Jestem pod wielkim wrażeniem 🙂

    Zostaw komentarz

    Pozostaw odpowiedź Przemek Włoczkowski Anuluj